Kiddo

Kiddo
w drodze....

niedziela, 23 lipca 2017

Francuska ósemka w odsłonach kilku - 2 - Luberon

Mam już dosyć deszczu i burz. Ruszam do Luberon. W Prowansji zawsze świeci słońce. No prawie zawsze...Najpierw trzeba się jednak przebić przez Vercors a tu słońce ktoś ukradł.


Popaduje co prawda od czasu do czasu ale tak nieśmiało więc póki co nie ma potrzeby wbijać się w moje przeciwdeszczówki. Sytuacja zmienia się jednak gdy docieram do Col de Rousset.



Chmury i deszcz gonią mnie bezlitośnie a do tego jest przejmująco zimno. Przeskakuję więc przez tunel i zatrzymuję się na parkingu. Aktywacja polarka, przeciwdeszczówek i zimowych rekawic. No a przy okazji obowiązkowy pstryk.


Jakaś para niemieckich dowcipnisiów wracających z Prowansji dopytuje się : Pada ? Pada ? Nie, skąd. Za tunelem świeci słońce.
Przeskakuję przez Die i Saint-Nazaire-le-Desert i tu jest już sympatycznie.


Docieram do Vaison-la-Romaine o które tylko zahaczyliśmy w zeszłym roku z Hilmarem. Teraz mam czas poświęcić temu miasteczku więcej uwagi.







W oddali widać Mont Ventoux



22 Września 1992  Vaison la Romaine nawiedziła największa od 1632 roku powódz i to bardzo gwałtowna. Przez ten mostek, który został zbudowany przez Rzymian i ma ponad dwa tysiące lat przelały się tysiące ton wody. Mostek przetrzymał ale w mieście zginęło 21 osób w tym turyści na kempingu.


Trzeba się powoli zbierać bo droga do Apt gdzie mam się zatrzymać na kempingu jeszcze daleka a po drodze czeka mnie


Podjazd jest a raczej byłby zabawny gdyby nie dziesiątki rowerzystów. Trudno jechać szybko zwłaszcza w zakrętach. Szczególnie tych w prawo gdzie widoczność jest mocno ograniczona. Można być pewnym nadziania się na takiego niedoszłego Armstronga albo kilku. Jak się ma szczęście to na dokładkę z naprzeciwka jeszcze samochód. Dobrze, że chociaż ciężarówki tędy nie jeżdżą. No ale zawsze można liczyć na kampera....Skalpować. To bardzo słuszna inicjatywa.
Na szczycie jak na każdej górze, wieje. Góry i tak są o wiele ciekawsze z daleka. Kilka pstryków



i zmykam. Na dole jest już o wiele przyjemniej.



W Vercors gdzieś na drodze spotkałem sarenkę. Popatrzyła na mnie i ruszyła dalej w swoją stronę. Te tutaj nigdzie się najwyrazniej nie wybierają.


Przeskakuję przez Sault a stąd to juz tylko trochę ponad trzydzieści kilometrów do Apt. Docieram na kemping,


witam się z Pierrem i jego piękną żoną, rozbijam namiot i idę do baru pojeść, popić i pogadać.
Następnego dnia ruszam odwiedzać znajome kąty. Przy okazji trafia się zawsze coś nowego.
Przez Bonnieux


 i Combe de Loumarin


docieram do Loumarin.


trochę się kręcę po miasteczku




Niestety nie napotykam nigdzie po drodze Ridleya Scotta a wiem, że tu mieszka. Może następnym razem.
Loumarin znam już na pamięć, byłem tu już kilkanaście razy więc pora ruszać zobaczyć coś nowego.








Droga jednak jakoś tak dziwnie prowadzi, że to wszystko znane miejsca. Może jutro jakoś inaczej się ułoży. Na zakończenie zaglądam jeszcze do Saignon.




Fajnie jest pod wieczór w tych wszystkich miasteczkach. Autokary z turystami już dawno odjechały, cicho i pusto.
Wracam na kemping gdzie Pierre serwuje Paellę. No a potem trochę pogaduch o tym i owym. No i oczywiście, na ugaszenie pragnienia, pastis.
Nastepny dzień zaczynam od wizyty w moim ulubionym Cucuron.




Jest i pralnia


z której korzysta spragniony kotek.


 Ja też bym się czegoś napił. Idę do restauracji nad stawem. Przychodzi kelner, którego proszę o kawę
i menthe a l'eau czyli wodę z syropem miętowym. Ten jednak mnie informuje, że to jest restauracja. No shit. No i co ? Nie macie kawy czy jak ? Ekspres się wam zepsuł ? Jest co prawda czternasta więc we Francji pora obiadowa ale stoliki puste więc nikomu miejsca nie zabieram. Zresztą jak długo się pije kawę ?  Nie będę przecież jadł o czternastej obiadu. Dopiero jadłem śniadanie. Przez chwilę zastanawiam się nawet czy może jednak nie zamówić do tej kawy obiadu. Kawę wypić a obiad na ziemię tak żeby miał co sprzatać. Jest jednak za gorąco na takie przepychanki. Idę dalej ale czar pryska.
Przez Banon w którym mnie jeszcze nie było






obowiązkowo do Gordes




i Roussillon. Tu oczywiście obowiązkowy pstryk.




Jest już pod wieczór i zrobiło się trochę bardziej znośnie ale całodzienny upał dał się najwyrazniej nie tylko mnie we znaki.


Tak zle i tak niedobrze. W Vercors narzekałem na deszcz i burze i cieszyłem się na słońce w Prowansji ale teraz mam tego słońca już dosyć. Kolejnego dnia postanawiam sobie odpuścić jeżdżenie. Oddaję się lekturze ( jestem zaopatrzony w tablet z zainstalowanym Kindle, a jak. ) Idę też pospacerować trochę po Apt i zobaczyć co się zmieniło w ciągu roku. Niewiele.



Jest południe więc główny trakt jest pełen ludzi, oglądających, kupujących,



podczas gdy restauracje przygotowywują się na przyjęcie gości.


Niektórzy jednak zupełnie nic sobie nie robią z tego całego zamieszania.


Inni wprost przeciwnie. Zawsze znajdą coś godnego zainteresowania.


Po obiedzie ulice pustoszeją. Młodzież wraca do szkoły a dorośli do pracy.




Turystów przegania upał a zresztą w Apt i tak nie ma za wiele do oglądania. Wracam na kemping, chowam się w cieniu i oddaję lekturze. Pod wieczór robi się jako tako znośnie więc jeszcze tylko szybki wypad do Cucuron na obowiązkowe pstryki.



Bardzo lubię to miejsce chociaż muszę przyznać, że po dyskusji z kelenerem jakby trochę mniej....może mi z czasem przejdzie. Tak czy owak nic tu już więcej w Luberon nie zdziałam. Trzeba ruszać dalej. Jutro Cevennes. Może tam będzie trochę chłodniej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz