Następnego ranka słońce pozawala na siebie długo czekać i zanim się wychyli zza górki, paraduję w polarku i czapeczce. Nie muszę się za bardzo spieszyć. Na dzisiaj jest zaplanowana jedynie rekreacyjna wycieczka doliną rzeki Tarn. Podczas gdy przerzedzają się poranne chmury i mgły, ja mogę się delektować kawą i widokiem. No i absolutnym spokojem, ponieważ kemping zupełnie pustoszeje. Nie żeby wczoraj były tu jakieś tłumy ale teraz zostaje na nim zupełnie sam.
Plan wygląda następująco :
Gorges du Tarn. Niech obrazki mówią same za siebie.
Oczywiście nie może zabraknąć zdjęcia z widokiem na ruiny Chateau de Castelbouc i wioskę o tej samej nazwie.
Podobnie jest w Prades. Wioska i Chateau o tej samej nazwie.
Jedną z głównych atrakcji na tej trasie jest Saint-Enimie.
Jego nazwa pochodzi od imienia córki króla Clothara II, która poświęciła swoje życie pomaganiu chorym na trąd.
Oczywiście należy do Les Plus Beaux...
i dalej Gorges du Tarn
do jednego z moich ulubionych miejsc. Niestety, chociaż wiele razy próbowałem, nigdy nie udało mi się tu zrobić porządnego zdjęcia.
Tarn opuszczam w Le Rozier
mijam Meyrueis i odbijam w kierunku Mont Aigoual. Ma 1567 metrów i przy dobrej pogodzie widać z jej szczytu Morze Śródziemne, Pireneje, Alpy i Mont Blanc.
Zjeżdżam do Valleraugue
i odbijam w dzicz. Dzisiaj jest Niedziela i na drogach jest zatrzęsienie motocykli. Głównie Harleye i wszelkiej maści nakedy. Wystarczy jednak zjechać na boczną drogę i jest już cisza i spokój. Przez następne 35 kilometrów nie spotkałem ani jednego motocyklisty. Szczerze mówiąc, poza dwoma samochodami, nie spotkałem nikogo...
W sumie jednak nic dziwnego. Jazda chopperem albo nakedem po tych drogach raczej przyjemności nie daje. Już moją Kiddo podrzuca i telepie. No i ten wszechobecny gravillons...
Nacieszywszy się widokami, po całym dniu w drodze, wracam do Florac. Chateau de Florac, zamek zbudowany w XIII wieku i zupełnie przebudowany w 1652.
Osiołek nie wiadomo czemu musi chodzić na uwięzi a koniki obok już nie.
I takie różne tam
Na zakończenie spotykam kotka
z którym ucinam sobie krótką pogawędkę
ale ten jakoś szybko traci zainteresowanie moją osobą.
Rozczarowany tym, że nawet kotek nie chce ze mną gadać idę na kolację do mojej ulubionej restauracji o dumnej nazwie : "Les Volets Rouges" a w podtytule "Snack Bar". Naprawdę nie jest to miejsce dla turystów i chyba zawsze byłem tu jedynym. Co nawet kiedyś sam szef docenił i zafundował darmowy Pastis. Takie miejsce dla lokalesów. Ktoś tam przesadził z alkoholem i jest bardzo podekscytowany, kelner chodzi w laczkach, jakiś szorto-dresach i w koszulce, którą zapewne kupił od Abrahama a i ten miał ją z lumpeksu... Jedzenie mają bardzo dobre. Inaczej by miejscowi nie przychodzili. Jutro trzeba będzie się pożegnać z Florac, które chociaż ma wielki potencjał to jednak nie umie go wykorzystać. Szkoda bo przetaczają się tędy kawalkady motocykli i to nie tylko w Niedzielę. Miasteczko powinno być turystycznym centrum a jest zapadłą dziurą. Nie wiem dlaczego to jedno z moich ulubionych miejsc. Z Gdańska będzie daleko...
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz